poniedziałek, 26 czerwca 2017

strach ma wielkie oczy // jak przełamać się i zacząć jeździć samochodem?


Kiedyś wspominałam na instagramie, że prawo jazdy mam od dziesięciu lat, natomiast czynnie jeżdżę samochodem od czterech miesięcy. Jeszcze do niedawna sądziłam, że nigdy się nie przełamię i będę osobą niezmotoryzowaną do końca życia- tak wielki strach i przerażenie wzbudzało we mnie prowadzenie auta. Musiałam wykonać olbrzymią pracę nad sobą, ale widzę efekty i zachęcam do niej KAŻDEGO. Oczywiście nie mam na myśli tylko i wyłącznie jazdy samochodem. Uważam, że wszyscy powinniśmy wziąć się za bary ze swoimi wewnętrznymi demonami tak, żeby chociaż je oswoić jeśli nie damy rady ich pokonać.

Od zawsze byłam strachliwa, boję się miliarda różnych rzeczy, o których zdrowo myślący człowiek nawet by nie pomyślał. Do spraw najbardziej wywołujących we mnie lęk należała jazda samochodem. Mając osiemnaście/dziewiętnaście lat, jak zaczynałam robić prawo jazdy, maksymalnie źle podeszłam do tematu. Z góry założyłam (już zanim przejechałam pierwszą godzinę), że nie mam prawa być w tym dobra. Z takim nastawieniem przeszłam przez kurs, zdałam egzamin za drugim razem i włożyłam prawo jazdy do portfela skąd przez parę ładnych lat go nie wyjmowałam.

Mam w głowie traumatyczne wspomnienia z kursu, kiedy to zupełnie nieświadoma jak pracuje silnik, musiałam wyprzedzać traktor na drodze jednopasmowej. Instruktor rozmawiał przez telefon i tylko rzucił hasło „zmień bieg” więc niewiele myśląc zmieniłam: z czwórki na piątkę. W głowie miałam zakodowaną zależność- wyższy bieg=szybsza jazda więc jeśli chcę jechać szybciej to muszę włączyć wyższy bieg. Zgarnęłam za to niezły ochrzan od Pana instruktora i kolejny argument na to, że nie nadaję się na kierowcę.
Dodatkowo przerażeniem napawała mnie myśl o mojej gapowatości. Wyrobiłam w sobie przekonanie, że na pewno za wolno będę reagować na różne sytuacje na drodze, że czegoś nie zauważę i będę stanowiła duże zagrożenie dla siebie i innych.


Sytuacja musiała się jednak zmienić, ponieważ dostałam bardzo kuszącą propozycję pracy, która zdawała się nie mieć żadnych minusów poza wymaganiem czynnej jazdy samochodem. Na początku byłam przerażona, ale zaczęłam to sobie układać w głowie. Dobrze, że proces rekrutacji trwał ponad pół roku- zdążyłam przez ten czas rozprawić się z moim demonem. Jak to zrobiłam? Nieświadomie zaczęłam stosować techniki afirmacji i wizualizacji. Wyobrażałam sobie siebie za kierownicą; jadąc z kimś doświadczonym, przyglądałam się jak prowadzi i jak reaguje na drodze na poszczególne zdarzenia; przyglądałam się znakom i starałam zapamiętywać trasę, które ulice są jednokierunkowe i tak dalej. Wydaje mi się, że zaczęłam w ten sposób przygotowywać mój mózg na to, że niebawem wsiądę za kierownicę i będę jeździć, a on ma się z tym oswoić.

Momentem zwrotnym było kupno samochodu. Wtedy nie mogłam już szukać wymówek, tylko musiałam wsiąść i jechać. I wiecie co? Wcale nie było tak źle. Mając świadomość, że jadę sama, nikt mnie nie pilnuje i nie mówi co mam robić, wyostrzyły mi się zmysły i byłam bardziej uważna. Oczywiście nie od razu szło mi wyśmienicie. Dwa razy ktoś mnie strąbił i raz musiałam wyhamować do zera na Moście Łazienkowskim, bo nie umiałam wepchnąć się na pas skrętu w prawo. To chyba nie aż tak źle jak na lata posuchy w tym temacie?

Wiem, że nieładnie jest się chwalić, ale powiem szczerze i z pełną odpowiedzialnością, że jestem z siebie dumna. Teraz wręcz odczuwam ekscytację, jak mam gdzieś jechać. Włączam podcasty na telefonie i śmigam w siną dal. Uczyniłam sobie z jazdy taki mały rytuał, który traktuję jak nagrodę w ciągu dnia wypełnionego różnymi obowiązkami. Czasem tylko narzekam, że mój mały samochodzik nie ma więcej mocy, bo przydałaby się- szczególnie na trasie.


Piękne zdjęcie tytułowe pochodzi stąd.
Piękne zdjęcie poniżej jest autorstwa mojego bardzo zdolnego szwagra.

1 komentarz: